Legenda o Orihime i Hikoboshi. Japońska opowieść o miłości rozdzielonej Drogą Mleczną
Nie każda historia miłosna rodzi się i umiera na ziemi. Niektóre z nich zostały zapisane bardzo wysoko, w niedostępnych dla śmiertelników gwiezdnych przestworzach. Aby je dostrzec, trzeba tylko podnieść głowę w pogodną, letnią noc i odnaleźć dwa jasne punkty, które lśnią po przeciwnych stronach wielkiej, mlecznej rzeki rozlanej na niebie. Jednym z tych świateł jest Orihime. Drugim – Hikoboshi.
W japońskich podaniach Orihime była niebiańską tkaczką, ukochaną córką samego Władcy Niebios. Nad brzegiem Amanogawy – Niebiańskiej Rzeki, którą na ziemi nazywamy Drogą Mleczną – jej delikatne dłonie pracowały bez chwili odpoczynku. Nici przesuwały się między jej palcami, układając się w tkaniny lekkie jak wieczorne obłoki i misterne jak pierwsze światło poranka. Wszyscy podziwiali piękno, które tworzyła, lecz serce Orihime pozostawało przepełnione głębokim smutkiem. Choć dawała zachwyt innym, sama była boleśnie samotna. Dni mijały jej przy krosnach, a niebo nieustannie zmieniało barwy, podczas gdy ona wciąż tylko tkała, jakby jej całe istnienie było jedynie długim, chłodnym wzorem, w którym zabrakło miejsca na drugiego człowieka.
Wtedy ojciec, poruszony jej cichym żalem, pozwolił Hikoboshiemu przekroczyć Niebiańską Rzekę. Pasterz, który dotychczas po drugiej stronie Amanogawy doglądał niebiańskich wołów, stanął przed Orihime, a gdy ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy, cały świat na ułamek sekundy wstrzymał oddech. Pokochali się miłością tak nagłą i potężną, że natychmiast zapomnieli o całym świecie i o obowiązkach, które dotychczas definiowały ich życie.
Krosno Orihime ucichło, a delikatne nici bezładnie poplątały się w porzuconym warsztacie. Hikoboshi przestał pilnować swojego stada, a niebiańskie woły rozbiegły się chaotycznie po gwiezdnych szlakach. Wielkie uczucie całkowicie wypełniło ich serca, lecz niebo wokół nich zaczęło pogrążać się w niepokojącym chaosie.
Rozgniewany Władca Niebios nie mógł wybaczyć im tego zaniedbania. Postanowił ukarać kochanków – wygnał Hikoboshiego z powrotem na jego brzeg i surowo zakazał im ponownego przekraczania rzeki, która odtąd stała się barierą nie do przebycia. Od tamtej pory Orihime mogła jedynie spoglądać na ukochanego z odległego brzegu, a Hikoboshi wypatrywał jej światła z drugiego. Byli tak blisko, że mogli się widzieć, a jednocześnie tak daleko, że żaden szept nie był w stanie pokonać dzielącej ich otchłani.
Płacz rozpaczy Orihime był jednak tak rzewny, że jej ojciec w końcu złagodził swój surowy wyrok. Pozwolił im na jedno jedyne spotkanie w roku – siódmego dnia siódmego miesiąca.
Jednak nawet ta jedna, wyczekiwana noc nigdy nie była rzeczą pewną. Między kochankami wciąż przecież płynęła rwąca, gwiezdna rzeka, nad którą nie wznosił się żaden most. Legendy mówią, że dopiero sroki, poruszone tak głęboką tęsknotą, zlatywały się tej nocy z całego świata, by utworzyć nad wodami żywy most ze swoich rozpostartych skrzydeł. Po nim Orihime mogła boso przejść na drugą stronę, w ramiona ukochanego. Jeśli jednak tego dnia na ziemi i w niebie padał deszcz, Niebiańska Rzeka gwałtownie przybierała, sroki nie mogły nadlecieć, a rozdzieleni kochankowie musieli czekać w samotności przez kolejnych dwanaście długich miesięcy.
To właśnie dlatego w Japonii, podczas święta Tanabata, ludzie spoglądają w letnie niebo ze szczególnym wzruszeniem. Zapisują swoje najskrytsze życzenia na podłużnych, kolorowych kartonikach tanzaku i zawieszają je na gałązkach bambusa, wierząc, że gwiezdni kochankowie, którzy sami poznali smak niespełnienia, przychylnie spojrzą na ich ziemskie marzenia.
Pod radosną, barwną fasadą tego święta kryje się jednak stara i mądra opowieść. To przypowieść o trudnej równowadze między pracą a miłością, o wielkiej odpowiedzialności i o tęsknocie, która potrafi przetrwać każdą próbę czasu. Kara, która spotkała Orihime i Hikoboshiego, staje się co roku obietnicą – dowodem na to, że nawet po najdłuższej rozłące przychodzi moment spotkania. Dwie odległe gwiazdy, które astronomowie nazywają Wegą i Altairem, stają się wtedy dla nas czymś więcej niż tylko zimnymi punktami na nocnym niebie. Stają się symbolem dwojga serc, które cierpliwie czekały cały rok na tę jedną, jedyną noc.
Może właśnie dlatego ta opowieść tak głęboko porusza każdego z nas. Każdy bowiem nosi w sobie jakieś czekanie – na list, na dawno niesłyszany głos, na powrót kogoś bliskiego czy na spotkanie, które zawsze wydaje się trwać zbyt krótko. I kiedy w ciepłą, lipcową noc unosimy głowę ku gwiazdom, niezwykle łatwo jest uwierzyć, że wysoko nad nami, nad srebrzystym nurtem niebiańskiej rzeki, ktoś właśnie lekko stąpa po moście ze skrzydeł, zmierzając ku miłości, która niezmiennie świeci po drugiej stronie.

Komentarze
Prześlij komentarz