Małe tarcze z macierzanki. Jak dawniej splotem ziół odpędzano nieszczęście
Nie miały być ozdobą, nie tworzono ich z myślą o dziewczęcych warkoczach. Były skromne, ciasno splecione z darów okolicznych łąk i pól. Układano je z macierzanki, mięty, rumianku, rozchodnika, koniczyny i bylicy. Każdy region miał swoje ulubione rośliny, każda gospodyni własne, niezmienne od lat przyzwyczajenia, a każdy dom – swoją własną, pokoleniową pamięć.
Wianki te niesiono do kościoła, najczęściej na zakończenie dawnej oktawy święta, by tam je poświęcić. I właśnie w tym momencie, gdy krople święconej wody opadały na wysuszone łodygi, zaczynała się ich druga, głębsza historia.
Po powrocie do domostwa wianki zawieszano w miejscach szczególnych – nad drzwiami wejściowymi, tuż przy świętych obrazach, w sieni, a czasem w oborze czy stajni. Miały chronić cały domowy świat. Bo dawniej dom nie kończył się przecież na progu chaty. Domem było wszystko, co pozwalało rodzinie przetrwać: podwórze, krowa dająca mleko, dojrzewające na polu zboże, sad za płotem i studnia. Wszystko to, co w ułamku sekundy mogło zostać odebrane przez chorobę, nagły ogień, niszczycielską burzę lub zły urok.
Taki zielony krąg stawał się dla domowników małą, niewidzialną tarczą.
Kiedy nad horyzontem nadciągały ciężkie, granatowe chmury, a powietrze gęstniało od zapowiedzi nawałnicy, gospodyni z powagą sięgała po wiszące pod sufitem zioła. Czasem wrzucano ich odrobinę do ognia, by dym odpędził pioruny, czasem okadzano nimi izbę, a innym razem kruszono kawałek suchego wianka, by podać go choremu dziecku lub niedomagającemu zwierzęciu. Nie robiono tego z lekkością, jak w czarach z bajek. Towarzyszył temu głęboki spokój ludzi, którzy doskonale wiedzieli, jak kapryśny i nieprzewidywalny poątrafi być świat.
Wiedzieli, że jedna letnia burza może obrócić w popiół stodołę pełną siana. Że nagła choroba potrafi odebrać najmłodsze dziecko, a grad w kilka minut potrafi zrównać z ziemią całoroczny trud pracy na roli. Człowiek miał wtedy niewiele narzędzi, by stawić czoła potędze żywiołów. Splatał więc wianek, zanosił go przed ołtarz, a potem wieszał pod dachem i wierzył, że nad jego domem czuwa wyższa ochrona.
W tym jednym, skromnym zwyczaju spotykały się dwa odrębne porządki: religijny i ludowy. Kościelna procesja i modlitwa łączyły się z pradawną, głęboko zakorzenioną potrzebą zabezpieczenia swojego losu przed tym, co niewidzialne. Rośliny nie przestawały być ziołami, ale po poświęceniu stawały się znakiem. Pomostem łączącym ziemię i niebo, dziką łąkę i bogaty ołtarz, szarą codzienność i niedostępne sacrum.
W łatwy sposób można wyobrazić sobie dawną, półmroczną izbę. Nad stołem wisi święty obraz, a tuż przy nim suchy wianek, który dawno utracił już swoją soczystą zieleń. Jego liście skruszały, kwiaty pociemniały, a zapach stał się słabszy, choć wciąż wyczuwalny przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru. Dzieci wiedzą, że nie wolno go dotykać bez wyraźnej potrzeby. Gospodyni pamięta, po które ziele sięgnąć w godzinie próby, a gospodarz zerka na niego z nadzieją, gdy wraca z pola zatroskany niesprzyjającą pogodą.
Dla nas, patrzących z boku po wielu dziesięcioleciach, może to być jedynie piękny element dawnego folkloru. Dla nich była to intymna, pełna pokory rozmowa ze światem. Rozmowa, która niosła w sobie cichą prośbę: nie zabieraj, nie pal, nie niszcz. Pozwól nam po prostu przetrwać.
Wianki ziół plecione po Bożym Ciele pokazują, jak mocno dawna wieś potrzebowała znaków. Wierzyła, że zapach ususzonych roślin ma moc kojenia ludzkiego lęku, a mały krąg spleciony z mięty i rumianku potrafi wyznaczyć nienaruszalną granicę między bezpiecznym domem a nieszczęściem. I nawet jeśli dzisiaj szukamy ratunku w zupełnie innych miejscach, ta opowieść wciąż ma w sobie coś przejmującego. Bo przecież niezależnie od czasów, każdy dom potrzebuje swojej własnej ochrony.

Komentarze
Prześlij komentarz