Co rzeka mówiła dziewczętom w noc świętojańską? O zapomnianej magii czerwcowych wróżb
Dawno temu, kiedy świat wydawał się mniejszy i bliższy sercu, rzeki umiały mówić. Nie posługiwały się jednak ludzkim głosem ani słowami, które można by zapisać na zżółkniętych kartach ksiąg. Mówiły gwałtownym ruchem wody, niespodziewanym zakrętem nurtu, nagłym zatrzymaniem się wianka przy przybrzeżnych trzcinach. Ich mowa kryła się w tym, czy woskowa świeczka zgasła od razu, czy płonęła niezłomnie dalej; czy splecione kwiaty popłynęły prosto przed siebie, czy też zniknęły bez śladu pod ciemną, nieprzeniknioną powierzchnią.
W noc świętojańską dziewczęta słuchały tej wodnej mowy z zapartym tchem i niezwykłą uwagą.
Nad brzegi rzek i strumieni przychodziły tuż po zmroku. Ubrane w białe, płócienne koszule, z rozpuszczonymi na ramiona włosami, niosły w dłoniach wianki utoczone z dzikich, polnych kwiatów i świeżo zebranych ziół. Wplatały w nie miętę, bylicę, macierzankę, rumianek i dziurawiec – wszystko to, co pachniało pełnią lata i co według wierzeń prababek miało moc chronienia przed złym losem. Jednak tej jednej, wyjątkowej nocy wianek przestawał być zwyczajną ozdobą. Stawał się pytaniem.
Było to pytanie o miłość, o to, czy ktoś na nie czeka, czy ten, o którym myślą potajemnie o zmierzchu, również nosi ich obraz pod powiekami. Czy los przyniesie im upragnione szczęście, czy też przyjdzie im mierzyć się z bolesną samotnością?
Młoda dziewczyna pochylała się nisko nad wodą, delikatnie kładąc swój wianek na falach. Na samym środku roślinnego kręgu często płonęła mała świeczka, której wątłe światło drżało na wietrze, jakby samo lękało się odpowiedzi, którą zaraz przyniesie rzeka. Inne dziewczęta obserwowały ten moment w głębokim milczeniu albo śmiały się zbyt głośno, próbując w ten sposób ukryć ogarniające je zdenerwowanie. Bo z wodą i jej wyrokami dawniej nie było żartów.
Jeśli wianek płynął przed siebie spokojnie i miarowo, uznawano to za najlepszą wróżbę. Jeśli nurt zabierał go daleko – zapowiadało to rychłe powodzenie, wielką miłość i bezpieczną przyszłość. Gdy jednak roślina zatrzymywała się tuż przy brzegu, szeptano, że dziewczyna będzie musiała jeszcze długo poczekać na swoją kolej. Zaplątanie się w gęste trzciny zwiastowało skomplikowane i trudne ścieżki życiowe, a gdy wianek niespodziewanie tonął – serce dziewczyny ściskał lodowaty lęk przed nieszczęściem.
Najwięcej emocji i rumieńców budziła jednak chwila, gdy płonący wianek zostawał wyłowiony przez chłopaka. Mogło to oznaczać początek zupełnie nowej historii. Czasem był to tylko młodzieńczy żart, czasem śmiała zaczepka, a czasem początek uczucia, o którym później, przez całą zimę, opowiadano szeptem przy darciu pierza w ciemne wieczory. Młodzi mężczyźni czekali ukryci niżej, w zakolach rzeki, wypatrując migoczących na wodzie ogników. Dziewczęta z kolei udawały, że cała ta zabawa zupełnie ich nie obchodzi, choć każda z nich w głębi duszy drżała z emocji.
W świecie, w którym zamążpójście rzadko bywało wyłącznie sprawą serca, a częściej zależało od woli rodziców i swatów, ta jedna czerwcowa noc dawała rzadką przestrzeń na czyste marzenie. Na chwilę absolutnej wolności. Na zadanie pytania nie ludziom, ale wodzie.
A woda była przecież starsza od wszystkich mieszkańców wsi. Płynęła przez te ziemie od wieków, mijając lasy, pola i ludzkie osady. Widziała narodziny, huczne wesela, smutne pogrzeby, wielkie susze i niszczycielskie powodzie. Znała każdą ludzką tajemnicę, nie dziwi więc fakt, że to właśnie jej prądowi powierzano te najbardziej skryte, dziewczęce pragnienia.
Noc świętojańska od zawsze była czasem granicznym. Ani całkiem pogańska, ani do końca chrześcijańska; ani już wiosenna, ani jeszcze w pełni letnia. Światło i ciemność stały wtedy na jednym brzegu, niesamowicie blisko siebie. Ogniska rzucały wysokie cienie, pieśni niosły się daleko po wodzie, a zgniecione w palcach zioła pachniały mocniej niż kiedykolwiek w roku.
A rzeka zabierała wianki, jeden po drugim. Niektóre niknęły w mroku nocy jako małe punkciki światła, inne uparcie wracały, jakby los nie był jeszcze gotowy, by udzielić odpowiedzi.
Dziś, po wielu latach, patrzymy na te zwyczaje jak na piękny element dawnego folkloru, romantyczny obrzęd czy po prostu udaną ludową zabawę. Ale dla tamtych dziewcząt był to jeden z niewielu momentów w roku, kiedy mogły głośno zapytać o własne przeznaczenie. Kiedy mogły wypowiedzieć swoje największe pragnienie bez konieczności ubierania go w słowa i kiedy mogły uwierzyć, że otaczająca je natura naprawdę zna odpowiedź.
Może rzeka w rzeczywistości nic nie mówiła. Może po prostu płynęła przed siebie, tak jak płynie od początku świata i jak będzie płynąć zawsze. Jednak w tę jedną czerwcową noc, gdy blask ognia odbijał się w czarnej toni, a zielone wianki znikały między cieniem a światłem, niezwykle łatwo było ulec wierze, że każdy nurt niesie ze sobą znak. I że gdzieś tam, za dalekim zakrętem rzeki, czeka na nas upragniona odpowiedź.

Komentarze
Prześlij komentarz