wtorek, 18 października 2011

Polskie legendy: Jak to ze lnem było

Dawno temu żył sobie król, który władał wielkim, choć ubogim królestwem. Król miał tylko jedno pragnienie - było nim złoto. Radzili mu królewscy doradcy, aby sprzedawał więcej zboża, ale władca wiedział, że wtedy w królestwie zapanuje głód. Inni doradzali, aby sprzedał bydło, ale i tutaj pojawiał się problem braku jedzenia dla poddanych. 

Król często objeżdżał swe królestwo na koniu, przyglądając się pracującym ludziom i zastanawiając się, skąd wziąć upragnione złoto. Podczas jednej z takich wypraw spotkał na drodze starca z długą, siwą brodą i szarym woreczkiem w ręku. 
- Co tam niesiesz, dobry człowieku? - zapytał zaciekawiony.
- Panie, w tym woreczku jest bogactwo dla twego ludu - odparł staruszek, podając królowi woreczek.
- To tylko zwykłe ziarno - powiedział zawiedziony król, zaglądając do środka.
- Panie, posiej to ziarno tak jak zboże, a wkrótce wyrośnie z niego złoto.
Król patrzył za odchodzącym starcem, nie mogąc uwierzyć w jego słowa. Ale postanowił spróbować.

Na najbardziej żyznej ziemi zasiał więc otrzymane ziarna. Po niedługim czasie pojawiły się zielone łodyżki. Ludzie zerkali na pole z zawodem, ale król był cierpliwy. Wkrótce całe pole pokryło się niebieskimi kwiatuszkami. Wtedy król zaczął się martwić. Żółte kwiaty mogłyby świadczyć o złocie zawartym w płatkach, ale niebieskie? Gdy pewnego wieczora poszedł na pole, zobaczył, że zamiast kwiatuszków pojawiły się małe, szare kuleczki. Uradowany chwycił je w dłoń, pewny, że znajdzie w nich złoto. Lecz gdy rozkruszył je w palcach, wysypały się tylko ziarenka, takie same jak te, które dał mu siwobrody starzec.

Rozwścieczony król kazał wyrwać łodygi i wrzucić do fosy. A potem wrzucić do wody jeszcze kamienie, żeby nic nie wypłynęło na wierzch i nie przypominało mu, jak został oszukany. Rozkazał też odnaleźć staruszka, od którego dostał ziarno.

Wkrótce starzec sam pojawił się w królestwie i został wtrącony do lochu. Po jakimś czasie wszyscy zapomnieli o roślinach i o staruszku. Tylko córka jednego ze strażników, Rózia, codziennie w tajemnicy przynosiła mu jedzenie. Często też siadała przy nim i przędła, słuchając jego opowieści. 

Gdy nadeszło lato, nastała wielka susza.Wyschło wiele małych rzeczek, a wraz z nimi zamkowa fosa. Gdy król zobaczył łodygi leżące na dnie, znów wpadł we wściekłość. Rozkazał je wyciągnąć i obtłuc kijami, a to co z nich zostanie zanieść do staruszka, na dowód jego oszustwa. 
- Oto twoje złoto, starcze! - szydzili strażnicy, rzucając mu pod nogi białe włókna.
Ale on tylko je zgarnął i zaczął powoli przeczesywać palcami. Czesał je tak długo, aż stały się białe i miękkie w dotyku. Kiedy Rózia przyniosła mu jedzenie, podał jej włókna.
- Róziu, weź je i zacznij prząść tak jak wełnę. Potem utkaj z tego tkaninę i wybiel ją na słońcu. 

Rózię zdziwiła prośba staruszka, ale zrobiła to o co prosił. Utkała tkaninę miękką i gładką jak jedwab.  A potem wyniosła ją na trawę i rozłożyła na słońcu. Wkrótce tkanina zaczęła lśnić niczym śnieg. Wtedy Rózia zwinęła ją i zaniosła staruszkowi. Ledwie zdążyła ją oddać, gdy przyszli strażnicy:
- Królewska córka wychodzi za mąż, więc z łaski króla możesz prosić o co zechcesz.
- Dobrze - powiedział staruszek. - Chciałbym podarować królewnie prezent.

Zaprowadzono go zatem przed oblicze króla. 
- Cóż to za podarunek dla mojej córki? - zapytał władca.
- Oto co powstało z roślin, którymi tak wzgardziłeś. Dobrze zrobiłeś, każąc je namoczyć. Tak samo było z wysuszeniem i obiciem kijami, bo do włókien trzeba się dostać. Szkoda tylko, że to wszystko działo się przez twoją wściekłość, panie - powiedział staruszek, rozwijając białe płótno. - Bo oto i twoje złoto.
- Nigdy nie widziałem tak szlachetnej tkaniny - odparł król, zachwycony miękkością materiału. - Wybacz mi, że nie doceniłem twego daru. Zostań na moim dworze, zamieszkaj w moim zamku. 
- Panie, nie dla mnie życie dworzanina - uśmiechnął się staruszek. - Wolę wędrować po twoim królestwie i uczyć ludzi, w jaki sposób uprawiać len.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz