Słowiański władca gromów. Kim był Perun i dlaczego uderzał w dęby?
Najpierw przychodziła cisza. Taka ciężka, lepka, lipcowa cisza, w której nawet ptaki nagle milkły w zaroślach, a liście na drzewach przestawały drżeć choćby na milimetr. Powietrze stawało się gęste, wręcz namacalne. Nad horyzontem leniwie zbierały się chmury – niskie, ciemne, jakby niewidzialna dłoń zaciągała nad całym światem ogromną, granatową płachtę.
Wtedy przerywano pracę. Dzieci pośpiesznie wołano do domów, kobiety zdejmowały płócienne pranie z płotów, a mężczyźni z niepokojem zerkali w stronę odległego lasu, gdzie stare, potężne dęby zaczynały gwałtownie czernieć na tle ołowianego nieba. A potem, z głębi tej ciemności, rozlegał się pierwszy, potężny grzmot.
Dawno temu nie był to jedynie dźwięk gwałtownej zmiany pogody. To był głos Peruna.
W słowiańskiej wyobraźni Perun stał na czele niebiańskiego panteonu jako niekwestionowany pan nieba, piorunów i gromu. Był potężnym, surowym bogiem burzy, którego sprawiedliwy bądź gniewny wzrok spadał na ziemię w postaci niszczycielskich błyskawic. Nie należał do łagodnych, cichych opiekunów domowego ogniska. Perun nie szeptał i o nic nie prosił. Przemawiał głębokim, rozdzierającym hukiem, od którego drżały szyby w oknach, konie rżały z niepokoju w stajniach, a ludzie ze strachem czynili na piersiach znaki ochronne, choć każdy region robił to po swojemu i każde pokolenie dopisywało do tego rytuału swój własny, pierwotny lęk.
Burza dla naszych przodków była czymś znacznie większym niż tylko zjawiskiem atmosferycznym. Była kosmiczną walką.
Na niebie ścierały się wtedy potężne siły, których człowiek nie potrafił ogarnąć rozumem, ale całą swoją istotą czuł ich niszczycielską moc. Jeden niebiański grot potrafił w ułamku sekundy rozłupać wiekowy dąb, obrócić w popiół stodołę pełną tegorocznego siana lub odebrać życie człowiekowi. Nic dziwnego, że w błyskawicach widziano ognistą broń samego boga.
Szeptano, że Perun darzy szczególną miłością dęby. Były to przecież drzewa twarde, wysokie, prawdziwie królewskie. Stały dumnie na samej granicy ziemi i nieba – głęboko zakorzenione w ciemnym gruncie, a jednocześnie sięgające koronami tam, gdzie rodziły się burzowe chmury. Jeśli piorun uderzał w dąb, nikt na dawnej wsi nie wierzył w przypadek. To niebo dotykało ziemi, to boski, czysty ogień zstępował między śmiertelników.
W czasie nawałnicy ludzie szczelnie zamykali okna, gasili ogniska i zasłaniali święte obrazy. Czasem, w akcie ostatecznej nadziei, zapalano w oknach woskowe gromnice, wierząc, że poświęcony płomień zdoła odwrócić gniew niebios od ludzkiego dachu. W tych późniejszych, ludowych praktykach dawne, pogańskie lęki niesamowicie mieszały się z chrześcijańskimi znakami, bo człowiek za wszelką cenę nie chciał pozostać wobec żywiołu zupełnie bezbronny.
Najstraszniejsza w burzy była bowiem jej absolutna nieprzewidywalność. Można było doskonale znać ziemię, wiedzieć, kiedy zasiać ziarno i kiedy wyjść z kosą na łąkę. Można było przewidzieć, w którym miejscu rzeka wyleje wiosną, gdzie las obrodzi w grzyby, a gdzie rośnie najbardziej soczysta trawa dla bydła. Jednak piorun wybierał swoje cele sam, nie pytając nikogo o pozwolenie. Uderzał tam, gdzie chciał – w samotny dąb na wzgórzu, w dom bogacza, czy w idącego miedzą człowieka.
Dlatego Perun był bóstwem, którego nigdy nie odważono się zlekceważyć. Nie był odległą, bajkową postacią z dawnych mitów, lecz realną obecnością, która powracała za każdym razem, gdy horyzont stawał się czarny. Kiedy nad dachami przetaczał się potężny pomruk, ludzie słyszeli w nim przypomnienie, że świat nie należy wyłącznie do nich i że nad polami istnieje siła nieskończenie większa niż ludzka wola.
A jednak, mimo całej swej grozy, Perun nie był wyłącznie niszczycielem. Burza, choć straszna, przynosiła ze sobą upragniony deszcz, a deszcz na wsi oznaczał życie. Bez niego zboże żółkło na pniu zbyt wcześnie, ziemia pękała w głębokie szczeliny, a studnie wysychały, zmuszając ludzi do patrzenia w niebo z rosnącą rozpaczą. Piorun budził paraliżujący strach, ale woda, która po nim spływała na pola, była największym błogosławieństwem.
Ziemia piła ją łapczywie, liście na drzewach odzyskiwały głęboką zieleń, a oczyszczone powietrze pachniało mokrą korą, kurzem i bezgraniczną ulgą. Bóg burzy musiał być więc wewnętrznie sprzeczny – jednocześnie groźny i niezwykle potrzebny; niosący śmierć i dający nowe życie. Jego głos bezlitośnie łamał dotychczasową ciszę, ale gdy odchodził za horyzont, cały świat oddychał znacznie lżej.
Niezwykle łatwo wyobrazić sobie taki lipcowy wieczór na dawnej, zagubionej wśród lasów wsi. Nad linią drzew zaczyna miarowo błyskać. Małe dziecko przyciska twarz do zimnej szyby, szukając wzrokiem niezwykłych zjawisk, ale matka natychmiast odciąga je w głąb ciemnej izby. W zamkniętej oborze niespokojnie porusza się bydło, a ojciec stoi w otwartych drzwiach sieni i w milczeniu wpatruje się w nadchodzący front. Nie mówi nic, bo w obliczu nadchodzącej burzy wszystkie ludzkie słowa stają się nagle małe i nieważne.
I wtedy potężny piorun rozdziera ciemność. Na jedną, nieskończenie krótką chwilę wszystko wokół staje się oślepiająco białe: polna droga, ramiona drzew, płot i zastygle twarze domowników. A zaraz potem przychodzi huk – tak potężny i głęboki, jakby ktoś z ogromnym impetem przetoczył po niebie ciężki, kamienny wóz.
Dawniej powiedziano by po prostu: Perun się odezwał.
I być może właśnie w tym jednym, krótkim zdaniu kryje się cała potęga dawnej ludzkiej wyobraźni. Była to próba nadania imienia temu, co przerażało i wymykało się ludzkiej kontroli; próba zrozumienia siły, której w żaden sposób nie dało się zatrzymać, oraz intymna, pełna pokory rozmowa z niebem, które czasem zsyłało życiodajny deszcz, a czasem niszczycielski ogień.
Dziś doskonale wiemy, czym jest burza. Rozumiemy mechanizmy elektryczności, znamy fizykę wyładowań atmosferycznych i potrafimy śledzić fronty pogodowe na ekranach telefonów. Jednak kiedy w głęboką, lipcową noc nad naszym własnym dachem nagle rozlega się potężny, bezkompromisowy grzmot, niesamowicie łatwo jest zrozumieć tamtych dawnych ludzi. Gdzieś głęboko w nas, pod warstwą nowoczesnej wiedzy, wciąż budzi się ten sam, pradawny odruch: zamilknąć na chwilę, spojrzeć z pokorą w ciemne niebo i poczuć, że przez ten jeden krótki ułamek sekundy przemawia do nas coś nieskończenie większego niż my sami.

Komentarze
Prześlij komentarz