Iskry z niebiańskich ognisk. Ludowe legendy o robaczkach świętojańskich
W czerwcu, gdy noc staje się najkrótsza i najbardziej tajemnicza, ziemia zaczyna cicho świecić. Nie dzieje się to nagle ani na całej jej przestrzeni. Magia budzi się powoli, miejscami – na dzikim skraju łąki, przy zapomnianym rowie, nad wilgotną od wieczornej rosy trawą. Tam, gdzie zmierzch staje się miękki, a powietrze gęstnieje od zapachu świeżego siana, płynącej wody i rozgrzanych słońcem liści.
Najpierw dostrzega się jedno, nieśmiałe światełko. Po chwili drga kolejne, tuż obok, a po minucie człowiek ulega urzekającemu wrażeniu, że ktoś niewidzialny rozsypał między zielonymi źdźbłami maleńkie, żywe gwiazdy.
Dawniej nazywano je robaczkami świętojańskimi. Współczesna nauka mówi o nich bez emocji: świetliki, owady porozumiewające się za pomocą bioluminescencji. Jednak dawne opowieści nigdy nie zaczynały się od chłodnych, łacińskich nazw. Brały swój początek z zachwytu, z cichego szeptu dziecka, które wieczorową porą ciągnęło matkę za rąbek spódnicy, pytając, czym są te drobne iskry migoczące w ciemności.
A odpowiedzi, które niosła ludowa wyobraźnia, były niezwykłe i wielobarwne.
Szeptano, że to zbłąkane iskry z wielkich ognisk świętojańskich, które spadły wysoko z nieba w trawę i nie chciały zgasnąć, tęskniąc za płomieniem. Inni wierzyli, że to dobre duszyczki, które wędrują nocą przez łąki, by doglądać ludzkich obejść. Mówiono też o małych, niebiańskich lampkach, zapalanych celowo przez opiekuńcze moce, aby zagubieni w mroku wędrowcy potrafili bezpiecznie odnaleźć drogę do domu. Istniał przy tym surowy zakaz chwytania ich w dłonie – wierzono bowiem, że każde takie światełko niesie w sobie czyjąś wielką, ukrytą tajemnicę, której człowiekowi nie wolno bezcześcić.
Robaczki świętojańskie pojawiały się w czasie, kiedy cały świat wydawał się na chwilę zaczarowany. Noce były tak krótkie, że zmierzch niemal dotykał świtu, nad wodami płonęły obrzędowe ognie, a dziewczęta puszczały wianki z nurtem rzek. Zioła osiągały pełnię swojej leczniczej potęgi, a mityczny kwiat paproci miał zakwitnąć na jeden krótki ułamek sekundy. W tak niezwykłym momencie roku nawet najmniejszy owad świecący w ciemności nie mógł być po prostu zwykłym stworzeniem. Musiał być znakiem.
Wyobraźmy sobie wiejską drogę po zmroku, spowitą czerwcowym chłodem. Dzieci wracają wraz z dorosłymi z dalekich odwiedzin, ktoś niesie pusty wiklinowy koszyk, ktoś inny wciąż cicho nuci pod nosem pieśń zasłyszaną przy świętojańskim ognisku. Na horyzoncie powoli blednie ostatni pasek purpurowego światła, a w przydrożnych rowach zaczyna się koncert świerszczy. I nagle, tuż przy ścieżce, zapala się mały, zielonkawy punkt.
Wędrowcy przystają w milczeniu. Po chwili cała łąka zaczyna cicho migotać, jakby oddychała chłodnym, żywym światłem.
Nie jest to ogień, który parzy i niesie zniszczenie. Nie jest to gwałtowna błyskawica, która budzi lęk i zwiastuje burzę. To światło niezwykle łagodne, ruchome i ulotne. Pojawia się, pulsuje przez chwilę i znika w gęstwinie, przypominając cichy szept lub mrugnięcie oka – wiadomość wysłaną z przestrzeni, której jako ludzie nie potrafimy do końca pojąć.
Może właśnie dlatego te małe stworzenia tak silnie zapisały się w baśniowej wyobraźni. Są przecież całkowicie realne, a jednak ich widok niezmiennie przypomina magię. Nie trzeba dopisywać im wielkich, czarodziejskich opowieści. Wystarczy zobaczyć je ten jeden raz w czerwcowy, głęboki wieczór, z dala od miejskich lamp, sztucznego blasku i hałasu ulic. W absolutnej ciszy, w której każdy drobny blask staje się rzeczą bezcenną.
Dawne prababki mawiały, że podczas takich nocy należy iść przez świat z wyjątkową ostrożnością. Nie deptać traw bez wyraźnej potrzeby, nie śmiać się głośno z rzeczy, których natura nie ujawnia w pełnym słońcu, i nie gasić małych ogników tylko dlatego, że ma się nad nimi przewagę.
Robaczek świętojański był bowiem ważną częścią znacznie większej, pradawnej opowieści. Tej samej, do której należały czerwcowe zioła, plecione wianki, woda i oczyszczający ogień. To opowieść o tym, że w czasie przesilenia lato otwiera przed nami niewidzialne drzwi. Przez tych kilka wyjątkowych nocy świat staje się bardziej miękki, bardziej podatny na znaki i sny. To, co małe i pozornie bezbronne, może stać się przewodnikiem, a światło wcale nie musi być ogromne, by skutecznie rozproszyć otaczającą nas ciemność.
Może właśnie dlatego te maleńkie, zielonkawe ogniki w trawie tak bardzo nas wzruszają. Przypominają nam o prostej prawdzie, że prawdziwa magia rzadko przychodzi na świat z głośnym hukiem. Czasem po prostu siada cicho na źdźble dzikiej trawy, świeci przez kilka krótkich sekund i znika, zanim zdążymy zadać jej jakiekolwiek pytanie.

Komentarze
Prześlij komentarz