niedziela, 24 listopada 2013

Opowieści dziadka Józika: Katarzynki


Zegar bije po raz szósty. Jest wieczór. W domu jest bardzo cicho i ciemno. Tylko w kuchni świeci się lampa. Na stole stoi szklanka wypełniona mlekiem, a obok niej talerzyk z biszkoptami. Mały chłopiec sięga do niego ręką. I wtedy słyszy cichy głos swojego dziadka.


- Czy wiesz co to są katarzynki Krzysiu? - pyta dziadzio Józik
- Oczywiście! To takie pierniczki  - odpowiada ochoczo Krzyś.
- To też, ale kiedyś katarzynki były bardzo ważnym dniem dla każdego kawalera. Opowiem ci dlaczego...

W nocy z 24 na 25 listopada wszyscy kawalerowie z wioski mieli nadzieję na ujrzenie we śnie swojej przyszłej żony. Najpierw wyruszaliśmy do sadu po gałązki wiśni. Robili to głównie ci, którzy mieli już upatrzoną pannę i planowali się oświadczyć. Każdy młodzian ścinał jedną gałązkę i w domu wstawiał do wody. Jeśli w Boże Narodzenie zakwitła, było bardzo prawdopodobne, że zaloty zostaną przyjęte i skończą się weselem. Chłopcy, którzy jeszcze nie znaleźli swojej ukochanej, wieczorem zabierali ze sobą dziewczęcą koszulę. Wróżyło się na dwa sposoby - albo wycierało się koszulą po myciu, albo wkładało się ją pod poduszkę. Dlatego kiedyś mówiło się, że w święto Katarzyny są pod poduszką dziewczyny.

- Hmm... ale teraz tak się nie robi - mówi chłopiec, wpatrując się z uwagą w dziadka.
- Wiesz, Krzysiu, teraz wszyscy się śpieszą. Nikt na nic nie ma czasu. A panny są poznawane przez chłopców w Internecie i nikt już nie wierzy w to, że miłość może mu się wyśnić.
- Jak dorosnę, ocalę od zapomnienia te wszystkie tradycje, o których mi opowiadasz - powiedział Krzyś i ochoczo sięgnął po kolejnego biszkopta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz