środa, 28 listopada 2012

Polskie legendy: Złote dzwony na sośnie

Las powoli wybudzał się ze snu. Słychać było śpiew ptaków, zwierzęta wychodziły ze swych nocnych kryjówek. Na polanę nieśmiało padały pierwsze promienie słońca, rozpędzając delikatne mgiełki. Dwaj pastuszkowie przebudzili się i sprawdzali liczebność swojego stadka. To była spokojna noc. Jeden z chłopców wyciągnął swoją fujarkę i zaczął wesoło grać, dostrajając się do ptasich treli.

Nagle wśród dźwięków leśnego życia, dało się słyszeć dziwne odgłosy. 
- Co się dzieje? Co to za dźwięk? - zapytał jeden z pastuszków.
- Sprawdźmy - odpowiedział drugi i obaj ruszyli na skraj lasu.
Dziwne, melodyjne tony były coraz bardziej wyraźne i wydawało się, że wśród melodii można usłyszeć ciche wołanie: "Idź tu, idź tu..." Chłopcy byli przerażeni, ale nie potrafili oprzeć się pięknej muzyce. Wreszcie dotarli do wielkiego dębu, a dźwięczne nawoływanie wyraźnie było słychać. Pastuszkowie zaczęli się rozglądać, biegali naokoło dębu, aż wreszcie ten z  fujarką spojrzał w górę. Z wrażenia potknął się i upadł i tak już pozostał, całkowicie oniemiały.

Na starej sośnie, rosnącej obok dębu, na potężnej gałęzi poruszały się dwa złote dzwony. Promienie słońca odbijały się od lśniącej powierzchni, oślepiając nieziemskim blaskiem. Melodia urzekała, a dzwony wciąż powtarzały: "Idź tu, idź tu..." Jeden z chłopców wreszcie się otrząsnął i pognał do wioski, zostawiając swego towarzysza klęczącego pod drzewem.


Zawiadomieni we wsi ludzie porzucali swe zajęcia i biegli za chłopcem do lasu. Słysząc oszałamiająco piękną melodię, padali na kolana. Dzwony jeszcze przez chwilę grały swój koncert, aż nagle zamieniły się w srebrzysty obłoczek i zniknęły. Zapadła cisza. Nikt nie śmiał wydać z siebie żadnego dźwięku. Nawet leśne zwierzęta zamarły w bezruchu. Wtedy nad pobliskim strumykiem ukazała się postać kobiety. Jej błękitne i białe szaty, niczym delikatna chmurka, osiadły w nisko nad wodą. Piękna twarz wpatrywała się w zebranych z delikatnym uśmiechem. W pewnej chwili jej usta drgnęły i zaczęła mówić, ale nikt jej nie słyszał. Tylko pastuszek z fujarką sunął na kolanach w stronę kobiety. A ona wciąż mówiła. Nie trwało to długo i piękna postać zaczęła rozmazywać się przed oczami zebranych. Gdy całkiem zniknęła, ludzie zaczęli podnosić się z kolan i podchodzili do pastuszka. A on milczał. Dopiero gdy podszedł do niego właściciel pobliskiego dworu, wstał i powiedział:
- Mówiła, żeby się modlić. Żeby pościć i żałować za grzechy... - po tych słowach zemdlał.

Wieść o cudownym objawieniu szybko się rozniosła. Ludzie często przychodzili w pobliże starej sosny, oczekując cudów. Chłopiec uważany był za kogoś świętego. Gdy pewnego dnia przyjechał do dworu ksiądz z odległego Lublina, długo rozmawiał z pastuszkiem. Po tym wydarzeniu rozgłoszono, że w Puszczy Solskiej objawiła się święta Maria Magdalena. Kiedy dowiedział się o tym kanclerz puszczy, Jan Zamoyski, kazał w miejscu cudownego zdarzenia wybudować kaplicę. 

Maria Magdalena, w XVII wieku, na przestrzeni pięćdziesięciu lat kilkakrotnie objawiała się w Puszczy Solskiej. A kaplica stoi w Biłgoraju do dziś. Wewnątrz niej znajduje się kamienna studnia z cudownym źródłem, a miejsce to słynie z uzdrowień.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz