środa, 20 kwietnia 2011

Polskie legendy: Bałtyk

Wiele lat temu, gdy Gdańsk był jeszcze niewielką wioską, do jednej z osad nadbałtyckich zawędrował stary mnich. Pragnął nauczać ludzi, jednak oni przepędzili go z wioski. Nie mając siły na powrót, mnich osiedlił się na jednej z nadmorskich wydm i żył z dala od ludzi. 

Pewnego dnia znalazł na plaży rannego mężczyznę. Rozpoznał w nim młodego Wikinga, jednego z najeźdźców nękających wioskę. Natychmiast zabrał go do swojej pustelni i przez wiele tygodni leczył jego rany. Uczył go także mowy tutejszych ludzi, aby nikt nie rozpoznał w nim dawnego najeźdźcy. Wkrótce Wiking przyjął chrzest i postanowił, że tak jak stary mnich będzie nauczał ludzi. Gdy staruszek zmarł, młodzieniec wyruszył do ludzi, aby głosić im Słowo Boże. Oni jednak lękali się go i nie chcieli wierzyć w jego słowa. Dlatego po pewnym czasie przestał chodzić do wioski i coraz więcej czasu spędzał nad brzegiem morza, tuż przy swej pustelni. Z wielkim zainteresowaniem obserwował przypływy i odpływy. Było to zjawisko niezwykle piękne, ale również śmiertelnie niebezpieczne. Wiele łodzi zatonęło, ponieważ żeglarze nie potrafili obliczyć czasu przybywania i ubywania morskiej wody. Pustelnik postanowił, że będzie rozpalał wieczorami ogień, aby wskazać żeglarzom, że znajdują się już blisko brzegu. 

Któregoś dnia dostrzegł na horyzoncie łodzie Wikingów. Gdy tylko dobili do brzegu, natychmiast ruszyli do małej pustelni. W młodym mnichu rozpoznali swojego dawnego towarzysza. Dowiedziawszy się, że przyjął wiarę, siłą zaciągnęli go do jednej z łodzi, aby wskazał im drogę do Gdańska. Gdy odmówił, zagrozili mu śmiercią. Jednak młodzieniec nie przeląkł się i powiedział, że za taki czyn z pewnością dosięgnie ich gniew Boży. 

Nagle na spokojnym morzu rozszalał się sztorm, roztrzaskując łodzie Wikingów. Kilku pozostałych przy życiu Skandynawów wyrzuciło ciało pustelnika za burtę, myśląc że dzięki temu sztorm ustanie. Jednak wiatr zawył jeszcze głośniej, a fale z olbrzymią siłą wdarły się na pokłady łodzi i wciągnęły je na samo dno. Niebawem morze wyrzuciło na brzeg tylko jedno ciało - człowieka, który nie dopuścił się zdrady nawet w obliczu śmierci. Pustelnik leżał na plaży z twarzą zwróconą ku błękitnemu niebu, a wokół jego głowy kawałki bursztynów ułożyły się niczym aureola.

Od tamtej pory prawie nie ma przypływów i odpływów na Bałtyku. Powiadają, że morze stało się spokojne za sprawą klątwy, którą rozgniewany Bóg rzucił na Wikingów.

1 komentarz: