piątek, 31 grudnia 2010

Polskie legendy: Skarby w Tęczynie

Wiele lat temu w południowej Polsce stał warowny zamek Tęczyn. Jego właściciel, pan Tęczyński, był człowiekiem bogatym, ale bardzo skąpym. Przez lata spędzone na wojnach zgromadził mnóstwo złota, klejnotów i innego bogactwa, które starannie ukrył w podziemiach zamku. Najstarsi mieszkańcy miasteczka powiadają, że podziemia zasypano w czasie potopu szwedzkiego i zamek popadł w ruinę. Pan Tęczyński i jego rodzina zdołali uciec, ale skarbów ze sobą nie zabrali.

Tę historię opowiedział pewnego wieczoru swojemu wnukowi dziadek Jędrzej.
- Skarb ten może odnaleźć tylko ten, kto się niczego nie boi - zakończył swą opowieść.
- Ja się niczego nie boję! - wykrzyknął Antoś, który przepadał za opowieściami dziadka i wyobrażał sobie, że jest wielkim bohaterem, który wszystkiemu sprosta.
- Tak, tak - pokiwał głową dziadek, pamiętając z jakim krzykiem wnuk uciekał przed znalezionym w ogródku wielkim żukiem.
- Już się nie boję owadów! I nie boję się nawet tego wielkiego psa, który mieszka na końcu miasteczka! - odpowiedział chłopiec i zaczął snuć plany dotyczące odnalezienia skarbu.

W pewną majową noc, w czasie pełni księżyca, Antoś wymknął się z domu i poszedł do ruin. Zdziwił się ogromnie, gdy zobaczył wejście do podziemi wyłożone czerwonym chodnikiem. Zawsze wydawało mu się, że to miejsce zasypane było głazami i ziemią. Ruszył dziarsko chodnikiem, oświetlając sobie drogę pochodnią.

Kiedy dotarł do pierwszej komnaty, jego oczom ukazały się drogocenne tkaniny, lśniące zbroje i bogato zdobione końskie uprzęże. Był tam też wielki, czarny pies z najeżoną sierścią. Warczał złowrogo, nie spuszczając chłopca z oczu.
- No chodź piesku, chodź - zawołał łagodnie Antos i podrapał zwierzę po łbie.
Pies zaczął się łasić i merdać ogonem. Po groźnej bestii sprzed chwili nie było śladu.

Z pierwszej komnaty droga wiodła do kolejnych drzwi. Chłopiec odważnie ruszył dalej i zszedł po schodach wgłąb podziemi. Zobaczył następne drzwi i zdecydowanym ruchem pchnął je do przodu. Ustąpiły bez oporu i Antoś ujrzał pomieszczenie pełne srebra. Strzegł go ogromny, szary wilk. Stał przy ścianie, pokazując wszystkie imponujące zębiska.
- Spokojnie wilczku, spokojnie - powiedział chłopiec i podszedł do wilka.
Wyciągnął rękę i pozwolił się obwąchać. Wilk mruknął, a potem skulił się w kłębek i zapadł w sen.

Antoś myślał, że odnalazł cały skarb, ale wtedy dojrzał ukryte w ścianie przejście. Wyglądało na bardzo stare i było ozdobione złotem. Czerwony chodnik wiódł głęboko w mroczny korytarz, a pochodnia chłopca już dawno zgasła. Jednak zachęcony dotychczasowym powodzeniem ruszył naprzód. Niebawem dotarł do kolejnych drzwi. Spodziewał się kolejnego strażnika, więc szybko wszedł do komnaty.

Było to najmniejsze pomieszczenie, ale zawierało najcenniejsze przedmioty. Wszędzie leżało złoto, od którego bił taki blask, że Antoś musiał mrużyć oczy.
- Znalazłem! - powiedział do siebie - Całe to bogactwo należy teraz do mnie!
Gdy sięgnął do najbliższej skrzyni, usłyszał złowrogie syczenie. Odwrócił się zaskoczony i zobaczył czerwonego węża o złych ślepiach, wpatrujących się w niego. Co chwila z jego paszczy wysuwał się rozdwojony język.

Tego Antoś się nie spodziewał. Z krzykiem rzucił się do ucieczki i po omacku wydostał się na zamkowy dziedziniec. Gnał do domu co sił w nogach, zapominając o swej odwadze.
Po dotarciu do domu opowiedział wszystko dziadkowi. Jędrzej wysłuchał wnuka i kiwając głową, rzekł:
- Bo skarby, mój drogi wnuku są dla tych, którzy się naprawdę niczego nie boją.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz